My short review of "Avengers: Endgame"


avengers-endgame-promo-crop.jpg

Przysiadłem do filmu z zamiarem lekkiej krytyki, na przekór wielu pozytywnym recenzjom. Nie dowierzałem opiniom w internecie, że to nie jest zwykły film, to prawdziwy event. Doszukiwałem się niespójności, czy co większych dziur fabularnych, ale nie byłem w stanie takowych znaleźć. Dobra, w trakcie seansu zwróciłem uwagę na 2 rzeczy, ale to drobnostki, które niespecjalnie psują odbiór całokształtu. Postacie zachowują się zgodnie ze swoimi charakterami i wiedzą na tamten moment historii. Scenariusz został kapitalnie napisany, dało się odczuć, że przemyśleli cały scenariusz i nie pozostawili w nim większych luk. Duża w tym zasługa reżyserów, którzy świetnie pokazali wiele rzeczy drobnymi, acz wymownymi szczegółami. Np. oczy Capa podczas 1 podróży w kosmos, Gamora i Rocket, którzy nie mając żadnego z bliskich, sami z siebie chwycili się za dłonie, by dać sobie choć odrobinę ciepła. Poza tym widać dobrą reżyserię w wielu scenach, które tłumaczą zdawałoby się rozbudowane wątki, jednym krótkim zdaniem, nie zostawiającym zbyt dużego pola do interpretacji. Szybkie i mocne rozpoczęcie akcji atakiem Thanosa z przeszłości. Na traciliśmy czasu na ekspozycje i inne bzdury, Szalony Tytan wy**bał kilka salw na siedzibę Avengersów, by trochę oczyścić pole bitwy ze zbędnych gratów.

No ale dosyć tego technicznego pieprzenia. Ten film to był czystokrwisty fanserwis dla ludzi, którzy przez lata śledzili kinowe uniwersum Marvela. Przez ostatnie pół roku zastanawiałem się, czy ciągle lubię produkcje z tego świata. Nie bardzo mnie ciągnęło do kina, nie czerpię też już takiej przyjemności z oglądania i każdy kolejny film MCU, coraz bardziej mnie nudzi (poza "Infinity War", bo to wyjątkowy casus jak "Koniec Gry"). A przynajmniej tak mi się wydawało. Gdy film się rozkręcił (a już w szczególności podczas finałowej bitwy), czułem kilkanaście razy większe podniecenie niż przy "Avengersach". Czułem się jakby moje serce zapragnęło wyskoczyć z klatki piersiowej i wykrzyczeć "FUCK YEA!!!". Wybaczcie, ale ostatnio mam dużo roboty, a za mało czasu i nie mogę się bardziej rozpisać. Inna sprawa, że tak między Bogiem, a prawdą, to niespecjalnie chcę. Komiksomaniak miał pieprzoną rację - "Endgame" to wyjątkowe wydarzenie, które chłonie się całym sobą. Po prostu i zwyczajnie nie umiem go ocenić bez emocjonowania się. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich momentów, które mi się podobały - zajęłoby mi to za dużo miejsca, więc w ramach zakończenia, napiszę co mi się najbardziej podobało. Kolejność losowa.

Cap który wywija młotem dużo lepiej od Thora w walce z Thanosem (nigdy nie widziałem tak satysfakcjonujących cepów po mordzie w filmach superbohaterskich <3!).

  • Jestem... przeznaczeniem! - A ja jestem Iron-Man! - kapitalnie zmontowana scena

No i obowiązkowe "Avengers, assemble" z finału. Czekałem na tę scenę od swojego pierwszego seansu z Marvelem, jak mój b. dobry kumpel wyciągnął mnie do kina.

CHCĘ BYĆ TYM THOREM. CHCĘ LATAĆ DO TYPÓW, KTÓRZY WKURZAJĄ MNIE W DOCIE ALBO INNYCH GRACH ONLINE!!! Ta scena to spełnienie moich skrytych marzeń!!! <3


Comments 0